Amanda spojrzała
na mnie przerażonym wzrokiem w tym samym momencie, kiedy ja
zwróciłam wzrok na nią. Chciałam coś zrobić, zapobiec jakiemuś
nieszczęściu, ale po chwili tajemniczy chłopcy się oddalili.
- Kim oni są? - zapytałam swojej
towarzyszki
- Ja... Nie wiem. Są ze Slytherinu,
tylko tyle mi wiadomo.
Nie miałam ochoty
na dalsze zwiedzanie zamku, ta scena poskromiła mój apetyt na
poznanie tajemnic Hogwartu. Wraz z moją współlokatorką udałam się do
wieży Ravenclawu, aby następnie pogrążyć się w ramionach
Morfeusza.
***
Hałas,
wrzawa, rozgardiasz.
Tylko te
trzy pojęcia teraz do mnie docierały. Powoli zaczęłam wyłapywać
więcej czynników. Słyszałam dźwięk spuszczanej wody, pojedyncze
słowa, tupot butów. Gdy uznałam, że jestem gotowa, otworzyłam
oczy. Leniwie przeciągnęłam się i rozsunęłam kotary. Zaatakował
mnie snop światła, zmuszając do zamknięcia oczu. Kiedy w końcu
uporałam się z uparcie świecącym Słońcem, wstałam z łóżka.
- Cześć, em... Wiesz,
my musimy iść już na śniadanie do Wielkiej Sali – zaczęła
jedna z lokatorek dormitorium - Nie martw się, nie jest jeszcze
późno – dodała, widząc moje lekkie zakłopotanie, którego
wcale nie chciałam ujawniać – Jak będziesz miała jakiś
problem ze znalezieniem Wielkiej Sali, zawsze możesz zapytać kogoś
z Pokoju Wspólnego
- Jasne, idźcie.
Gdy
dziewczyny wychodziły, zauważyłam, że Amanda unikała mojego
wzroku. Czyżby się na mnie obraziła? Mogła uznać mnie za osobę
przynoszącą kłopoty. Nie dziwiłam jej się – nie na co dzień
jest się świadkiem takich rozmów.
Wygrzebałam
szatę szkolną, a następnie udałam się do łazienki. W lusterku
spojrzała na mnie piękna dziewczyna o długich, choć w tym
momencie nieokrzesanych blond włosach. Jej niebieskie tęczówki
świdrowały mnie od góry do dołu. Uśmiechnęłam się, aby
następnie oddać się swoim porannym czynnością.
Kiedy
byłam już gotowa, wyszłam z łazienki, a następnie udałam się
do Pokoju Wspólnego Ravenclawu. Przechodząc przez pomieszczenie
pełne uczniów, starałam się zrobić jak najlepsze wrażenie.
Stawiałam powabnie każdy krok, kątem oka obserwując przy tym
młodych czarodziejów. Chłopcy patrzyli na mnie z uwielbieniem,
dziewczyny natomiast z zazdrością. Ułożyłam usta w kształt
uśmiechu, a następnie wyszłam z pokoju.
Czy
znałam drogę do Wielkiej Sali? Zdawało mi się, że tak, w końcu
szłam nią dwa razy... Właśnie, dwa razy. I to z kimś! Pokrywałam
jednak w sobie nadzieję, że okażę się mądra i znajdę ów
pomieszczenie. Szłam spokojnie, starając się przypomnieć sobie
wczorajszą drogę. Tu w prawo, tam w dół, następnie w lewo... A
może jednak w prawo? Błąkałam się po korytarzach Hogwartu, nie
zdając sobie nawet sprawy gdzie się znajduję. I nagle, ku mojej
wielkiej uldze, zza zakrętu wyłonił się pewien czarnooki brunet.
- Zgubiłaś się?
- Tak, najwidoczniej
przeceniłam swoje możliwości. Doprowadzisz mnie do Wielkiej Sali,
prawda?
- Jasne, sam tam zmierzam
– powiedział z uśmiechem – Należysz do mojego domu, jak Ci
się podoba?
Zastanowiłam
się, chciałam odpowiedzieć szczerze. Hogwart wywarł na mnie
ogromne wrażenie, zewsząd otaczająca magia sprawiała, że czułam
się tu, jak w innym wymiarze. Szkoła w Irlandii taka nie była.
Owszem, nie wyglądała, jak mugolska szkoła. Raczej jak luksusowy
wieżowiec. Atmosfera w nim panująca pozostawiała wiele do
życzenia. Dlatego właśnie w Hogwarcie, czułam się dobrze.
Jedyne, co mi nie odpowiadało to... Ludzie. Może nie wszyscy, ale
jednak większość
- Jest świetnie –
podsumowałam jednym słowem – Naprawdę, ten budynek jest wprost
wspaniały.
Nie dane
nam jednak było dłużej poprowadzić rozmowy. Otoczyła nas wielka
grupa ludzi, zmierzających na śniadanie, przez co nie dowiedziałam
się nawet, jak chłopak ma na imię. Podążałam w kierunku tłumu,
aż w końcu moim oczom ukazały się otwarte drzwi do Wielkiej Sali.
Przeszłam przez próg, znów podziwiając wielkie pomieszczenie.
Usiadłam
na jednym z pustych krzeseł obok osób z mojego rocznika. Nałożyłam
sobie na talerz jednego tosta, nie byłam głodna. Po chwili
zauważyłam, jak malutki czarodziej rozdaje wszystkim uczniom jakieś
kartki.
- To profesor Flitwick,
opiekun naszego domu. Rozdaje plany lekcji – Powiedziała do mnie
przyjaźnie jedna z dziewczyn dzieląca ze mną dormitorium. Ja
tylko pokiwałam głową i zabrałam się do jedzenia.
- Wkrótce i ja dostałam
taką kartkę. Gdy mały profesor mi ją wręczał, powiedział:
- Panno Lawrence,
chciałbym dziś po lekcjach zobaczyć panią w moim gabinecie.
Musimy omówić pewne sprawy.
Uważnie
mu się przyjrzałam, aby następnie pokiwać głową. Nie miałam
pojęcia, gdzie znajduje się jego gabinet i co chce ze mną omawiać,
jednak wszelkie dyskusje nie miały w tym momencie sensu. Dokończyłam
więc posiłek i udałam się za innymi uczniami do Pokoju Wspólnego
Ravenlawu. Spojrzałam na swój plan. Dziś moją pierwszą lekcją
miały być eliksiry. Znienawidzony przedmiot. Aż dziwne, że rzadko
się zdarzało, abym dostała stopień niższy niż Powyżej
Oczekiwań.
Jak się
okazało, na eliksiry nie chodziło znowu zbyt dużo uczniów.
Puchonów było raptem kilka, przeważali Krukoni, w tym także ja. Z
gracją zajęłam jedno z pustych miejsc i pogrążyłam się w
oczekiwaniu na niejakiego Slughorna.
Nagle
drzwi lochu otworzyły się, a zza nich wyłonił się potężny
brzuch profesora. Jego twarz wprost promieniała. Bez niepotrzebnego
przedstawiania się od razu zabrał się do prowadzenia lekcji.
Okazało się, że na jego biurku stał już kociołek, którego
wcześniej nie zauważyłam. Warzył się w nim z wesołym pluskiem
eliksir barwy płynnego złota. Nad powierzchnię wyskakiwały, jak złote rybki, wielkie krople,
choć ani jedna nie opadała na blat biurka. No tak, Felix Felicis!
- Powie mi ktoś co to za
eliksir?
Rozejrzałam
się po klasie. Nikt nie podniósł ręki. Nie chciałam wyjść na
kujona, ale korciło mnie, aby się wykazać. Po chwili wahania, moja
ręka wystrzeliła w górę.
- Tak, panno...?
- Lawrence. To Felix
Felicis, inaczej płynne szczęście, Sprawia, że... ma się
szczęście.
- Brawo, 10 punktów dla
Ravenclawu. Rzeczywiście, to Felix Felicis, jeden z tych
najciekawszych eliksirów. Wyjątkowo trudno go uwarzyć, a pomyłka
może drogo kosztować. Jeśli jednak zostanie uwarzony poprawnie,
jak ten, sprzyja osiąganiom sukcesów. Póki działa. Należy
jednak pamiętać, że nie można go pić bez przerwy, bo uderza do
głowy, powodując lekkomyślność. Jednak zażywany oszczędnie...
- w tym momencie nauczyciel wpatrzył się w przestrzeń rozmarzonym
wzrokiem, nie dokańczając swojej myśli – Będzie on nagrodą
podczas tej lekcji
Zapadła
cisza, słychać było tylko bulgotanie dochodzące z kociołka.
- Jedna mała buteleczka
wystarczy na dwanaście godzin szczęścia. Jej zdobycie nie będzie
jednak takie proste. Musicie otworzyć Eliksiry dla
zaawansowanych na stronie
piątej. Macie całą tą lekcję na przygotowanie wywaru. Nie
oczekuję, że komukolwiek się to uda, jest bardzo złożony
eliksir. Ale osoba, która zrobi go najlepiej, zdobędzie trochę
Felicisa. Do roboty!
Jak miałam przygotować ten eliksir? Nie ukrywałam przed sobą, że
zdobycie płynnego szczęścia stało się moim celem. Ile rzeczy
mogłam zrobić, będąc pod wpływem tego wywaru. Czym prędzej
zakasałam rękawy, czas pokazać moje umiejętności!
W
podręczniku zostało napisane, że na początku należy posiekać
korzenie waleriany. Wszyscy z udręczonymi minami cięli swoje
korzonki, w tym też ja. Po paru minutach cały loch wypełnił się
niebieskawą parą. Następnym poleceniem było posiekanie na
kawałeczki strączka sopophorusa. Co wiedziałam o tym składniku?
Tylko tyle, że zmiażdżony łatwiej puszcza soki. Tak, to było
właśnie to! Ale czy powinnam zaryzykować? To mogło zniszczyć
moje szanse „wygrania” Felicisa. A co tam, raz kozie śmierć.
Płaską stroną srebrnego sztyletu, zmiażdżyłam składnik, który
po chwili puścił sok i wrzuciłam go do wrzącego kociołka.
Rozejrzałam się po komnacie. Wszyscy zerkali wokoło, aby
podejrzeć, co robi reszta klasy. Niektórzy mieli już czarne twarze
od eliksirów buchających na twarz. Przeciągnęłam palcem po
policzku i z uśmiechem zdałam sobie sprawę, że nie mam takiego
problemu.
Dalsza część przygotować wywaru poszła mi całkiem nieźle, choć
pod sam koniec stwierdziłam, że trochę mi brakuje do wyglądu
podanego na końcu instrukcji. Pocieszałam się jednak faktem, że
mój eliksir był chyba najlepszy ze wszystkich.
- Czas
minął! - obwieścił Slughorn – Proszę przerwać mieszanie!
Zacząć przechadzać się między stołami, zaglądając do
kociołków. Kiedy znalazł się przy mnie, moje serce szybciej
zabiło. Może coś zrobiłam źle, może mój eliksir nie jest tak
dobry jak myślałam? Profesor jedynie uśmiechnął się i z
aprobatą pokiwał głową. Odetchnęłam z ulgą, choć liczyłam na
coś więcej.
- Nie
mam wątpliwości co do zwycięzcy – powiedział na koniec
Slughorn – Panna Lawrence zdobywa buteleczkę Felix Felicis.
Gratulacje!
Klasa popatrzyła na mnie złowieszczo. Chyba nie byli zadowoleni.
Czy się tym przejęłam? Niezbyt, w końcu wygrałam płynne
szczęście.
***
- April...
April! - usłyszałam pewien znajomy głos, kiedy wychodziłam z
gabinetu profesora Flitwicka, który chciał po prostu bliżej
zapoznać mnie z Hogwartem, sposobem nauczania i tym podobnych
rzeczach.
Odwróciłam się. Zmierzał do mnie ten sam chłopak,
który dziś rano odprowadził mnie do Wielkiej Sali. Przystanęłam,
czekając, aż mnie dogoni.
- Cześć
– przywitałam go uśmiechem
- Wiesz,
tak sobie pomyślałem... - zaczął zdyszany – że chciałabyś
przejść się po błoniach. Co ty na to?
Spojrzałam za okno. Był piękny dzień, a Słońce
zmierzało ku dołowi. Przyjęłam propozycję Krukona i razem
udaliśmy się w stronę wyjścia. Dowiedziałam się, że nazywa się
Oliver Adams, gra w drużynie quidditcha na pozycji ścigającego, a
poza tym jest czarodziejem półkrwi. Był bardzo miły, a oprócz
tego nie mogłam nie zauważyć, że przystojny.
- A
ty? Opowiesz mi coś o sobie? - zapytał, gdy skończył opowiadać
historię o swoim życiu.
- Nie
jestem dobra w opowiadaniu o sobie. Poza tym, moje życie jest
raczej nudne. Siedemnaście lat przeżyłam w Irlandii, teraz
przeprowadziłam się tutaj. Mój ojciec dostał dobrą ofertę od
ministerstwa i te sprawy.
- Przecież
to wcale nie jest nudne, mieszkałaś w Irlandii, to już coś. W
sumie, zazdroszczę Ci. W ostatnim czasie w Anglii nie dzieje się
dobrze.
Spojrzałam na Olivera, unosząc brew do góry. O co mu
chodziło?
- Nie
słyszałaś? Pod koniec tamtego roku w ministerstwie była jakaś
wielka afera z udziałem Pottera. Wiadomo tylko, że sama-wiesz-kto
powstał. To raczej nie oznacza nic dobrego.
Sama-wiesz-kto? Ach tak, obiło mi się o uszy. To ten,
który rozpętał Wojnę Czarodziejów, powodując przy tym wielkie
straty. Z tego, co wiedziałam, wysługiwał się przy tym
śmierciożercami, kimkolwiek byli.
- Ale
przez te wakacje nie spowodował przecież żadnych strat...
- Widocznie
jesteś do tyłu z informacjami. Jego poplecznicy zniszczyli
Milennium Bridge. A oprócz tego krążą plotki, że odkąd zawarł
sojusz z dementorami, szuka popleczników wśród innych stworzeń,
między innymi olbrzymów.
- To
nie brzmi dobrze – powiedziałam i zmarszczyłam brwi. Nie miałam
pojęcia, że świat czarodziejów jest zagrożony, w Irlandii się
o tym nie mówiło. Oczywiście, czasem jakiś nagłówek gazety
mignął mi przed oczami, ale nic więcej. Jak to możliwe?
Spojrzałam na otaczającą mnie przyrodę. Wielka
ognista kula zanurzała się w jeziorze, ptaki wesoło fruwały, a
liście na drzewach lekko się poruszały. Wszystko spowijała
magiczna mgiełka. Nie było żadnego śladu zła, nigdzie nie było
widać obecności Czar... Voldemorta. Ale jednak istniał, w tym
momencie knuł jakiś plan.
- Nie
martw się, zawsze można liczyć na Pottera – uśmiechnął się
Oliver.
_______________________________________________
[1] Jako, że na szóstym roku klasa Pottera miała możliwość wygrania Felicisa, to pomyślałam, że czemu oni mają być jedyni? A April ten eliksir na pewno się przyda.
Rozdział dedykuję Onlyy ♥, z którą w końcu jutro się zobaczę! To opowiadanie prawdopodobnie nie powstałoby, gdyby nie Ty. Dziękuję. ;*
Bardzo przepraszam, jeśli tym rozdziałem Was zanudziłam. Chcę April w to wszystko jakoś wprowadzić, dlatego te pierwsze rozdziały mogą nie być zbyt wciągające. Jak dla mnie, ten jest lepszy od poprzedniego, choć w sumie nie wiem czemu. Co prawda, nie ma tylu opisów, ale... No nie wiem. xD
Z wielką radością informuję, że mam ferie, dzięki czemu będę miała więcej czasu na pisanie i kolejny rozdział powinien pojawić się szybciej niż ten. Myślę, że za jakiś tydzień, a jak się wyrobię, to może nawet mniej.
Pozdrawiam serdecznie, Pralinee. ;*
PS. Nie miałam czasu sprawdzić kilka razy rozdziału, więc śmiało wytykajcie błędy. xD