niedziela, 10 lutego 2013

Rozdział II


Amanda spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem w tym samym momencie, kiedy ja zwróciłam wzrok na nią. Chciałam coś zrobić, zapobiec jakiemuś nieszczęściu, ale po chwili tajemniczy chłopcy się oddalili.
- Kim oni są? - zapytałam swojej towarzyszki
- Ja... Nie wiem. Są ze Slytherinu, tylko tyle mi wiadomo.
Nie miałam ochoty na dalsze zwiedzanie zamku, ta scena poskromiła mój apetyt na poznanie tajemnic Hogwartu. Wraz z moją współlokatorką udałam się do wieży Ravenclawu, aby następnie pogrążyć się w ramionach Morfeusza.

***

Hałas, wrzawa, rozgardiasz.
Tylko te trzy pojęcia teraz do mnie docierały. Powoli zaczęłam wyłapywać więcej czynników. Słyszałam dźwięk spuszczanej wody, pojedyncze słowa, tupot butów. Gdy uznałam, że jestem gotowa, otworzyłam oczy. Leniwie przeciągnęłam się i rozsunęłam kotary. Zaatakował mnie snop światła, zmuszając do zamknięcia oczu. Kiedy w końcu uporałam się z uparcie świecącym Słońcem, wstałam z łóżka.
- Cześć, em... Wiesz, my musimy iść już na śniadanie do Wielkiej Sali – zaczęła jedna z lokatorek dormitorium - Nie martw się, nie jest jeszcze późno – dodała, widząc moje lekkie zakłopotanie, którego wcale nie chciałam ujawniać – Jak będziesz miała jakiś problem ze znalezieniem Wielkiej Sali, zawsze możesz zapytać kogoś z Pokoju Wspólnego
- Jasne, idźcie.
Gdy dziewczyny wychodziły, zauważyłam, że Amanda unikała mojego wzroku. Czyżby się na mnie obraziła? Mogła uznać mnie za osobę przynoszącą kłopoty. Nie dziwiłam jej się – nie na co dzień jest się świadkiem takich rozmów.
Wygrzebałam szatę szkolną, a następnie udałam się do łazienki. W lusterku spojrzała na mnie piękna dziewczyna o długich, choć w tym momencie nieokrzesanych blond włosach. Jej niebieskie tęczówki świdrowały mnie od góry do dołu. Uśmiechnęłam się, aby następnie oddać się swoim porannym czynnością.
Kiedy byłam już gotowa, wyszłam z łazienki, a następnie udałam się do Pokoju Wspólnego Ravenclawu. Przechodząc przez pomieszczenie pełne uczniów, starałam się zrobić jak najlepsze wrażenie. Stawiałam powabnie każdy krok, kątem oka obserwując przy tym młodych czarodziejów. Chłopcy patrzyli na mnie z uwielbieniem, dziewczyny natomiast z zazdrością. Ułożyłam usta w kształt uśmiechu, a następnie wyszłam z pokoju.
Czy znałam drogę do Wielkiej Sali? Zdawało mi się, że tak, w końcu szłam nią dwa razy... Właśnie, dwa razy. I to z kimś! Pokrywałam jednak w sobie nadzieję, że okażę się mądra i znajdę ów pomieszczenie. Szłam spokojnie, starając się przypomnieć sobie wczorajszą drogę. Tu w prawo, tam w dół, następnie w lewo... A może jednak w prawo? Błąkałam się po korytarzach Hogwartu, nie zdając sobie nawet sprawy gdzie się znajduję. I nagle, ku mojej wielkiej uldze, zza zakrętu wyłonił się pewien czarnooki brunet.
- Zgubiłaś się?
- Tak, najwidoczniej przeceniłam swoje możliwości. Doprowadzisz mnie do Wielkiej Sali, prawda?
- Jasne, sam tam zmierzam – powiedział z uśmiechem – Należysz do mojego domu, jak Ci się podoba?
Zastanowiłam się, chciałam odpowiedzieć szczerze. Hogwart wywarł na mnie ogromne wrażenie, zewsząd otaczająca magia sprawiała, że czułam się tu, jak w innym wymiarze. Szkoła w Irlandii taka nie była. Owszem, nie wyglądała, jak mugolska szkoła. Raczej jak luksusowy wieżowiec. Atmosfera w nim panująca pozostawiała wiele do życzenia. Dlatego właśnie w Hogwarcie, czułam się dobrze. Jedyne, co mi nie odpowiadało to... Ludzie. Może nie wszyscy, ale jednak większość
- Jest świetnie – podsumowałam jednym słowem – Naprawdę, ten budynek jest wprost wspaniały.
Nie dane nam jednak było dłużej poprowadzić rozmowy. Otoczyła nas wielka grupa ludzi, zmierzających na śniadanie, przez co nie dowiedziałam się nawet, jak chłopak ma na imię. Podążałam w kierunku tłumu, aż w końcu moim oczom ukazały się otwarte drzwi do Wielkiej Sali. Przeszłam przez próg, znów podziwiając wielkie pomieszczenie.
Usiadłam na jednym z pustych krzeseł obok osób z mojego rocznika. Nałożyłam sobie na talerz jednego tosta, nie byłam głodna. Po chwili zauważyłam, jak malutki czarodziej rozdaje wszystkim uczniom jakieś kartki.
- To profesor Flitwick, opiekun naszego domu. Rozdaje plany lekcji – Powiedziała do mnie przyjaźnie jedna z dziewczyn dzieląca ze mną dormitorium. Ja tylko pokiwałam głową i zabrałam się do jedzenia.
- Wkrótce i ja dostałam taką kartkę. Gdy mały profesor mi ją wręczał, powiedział:
- Panno Lawrence, chciałbym dziś po lekcjach zobaczyć panią w moim gabinecie. Musimy omówić pewne sprawy.
Uważnie mu się przyjrzałam, aby następnie pokiwać głową. Nie miałam pojęcia, gdzie znajduje się jego gabinet i co chce ze mną omawiać, jednak wszelkie dyskusje nie miały w tym momencie sensu. Dokończyłam więc posiłek i udałam się za innymi uczniami do Pokoju Wspólnego Ravenlawu. Spojrzałam na swój plan. Dziś moją pierwszą lekcją miały być eliksiry. Znienawidzony przedmiot. Aż dziwne, że rzadko się zdarzało, abym dostała stopień niższy niż Powyżej Oczekiwań.
Jak się okazało, na eliksiry nie chodziło znowu zbyt dużo uczniów. Puchonów było raptem kilka, przeważali Krukoni, w tym także ja. Z gracją zajęłam jedno z pustych miejsc i pogrążyłam się w oczekiwaniu na niejakiego Slughorna.
Nagle drzwi lochu otworzyły się, a zza nich wyłonił się potężny brzuch profesora. Jego twarz wprost promieniała. Bez niepotrzebnego przedstawiania się od razu zabrał się do prowadzenia lekcji. Okazało się, że na jego biurku stał już kociołek, którego wcześniej nie zauważyłam. Warzył się w nim z wesołym pluskiem eliksir barwy płynnego złota. Nad powierzchnię wyskakiwały, jak złote rybki, wielkie krople, choć ani jedna nie opadała na blat biurka. No tak, Felix Felicis!
- Powie mi ktoś co to za eliksir?
Rozejrzałam się po klasie. Nikt nie podniósł ręki. Nie chciałam wyjść na kujona, ale korciło mnie, aby się wykazać. Po chwili wahania, moja ręka wystrzeliła w górę.
- Tak, panno...?
- Lawrence. To Felix Felicis, inaczej płynne szczęście, Sprawia, że... ma się szczęście.
- Brawo, 10 punktów dla Ravenclawu. Rzeczywiście, to Felix Felicis, jeden z tych najciekawszych eliksirów. Wyjątkowo trudno go uwarzyć, a pomyłka może drogo kosztować. Jeśli jednak zostanie uwarzony poprawnie, jak ten, sprzyja osiąganiom sukcesów. Póki działa. Należy jednak pamiętać, że nie można go pić bez przerwy, bo uderza do głowy, powodując lekkomyślność. Jednak zażywany oszczędnie... - w tym momencie nauczyciel wpatrzył się w przestrzeń rozmarzonym wzrokiem, nie dokańczając swojej myśli – Będzie on nagrodą podczas tej lekcji
Zapadła cisza, słychać było tylko bulgotanie dochodzące z kociołka.
- Jedna mała buteleczka wystarczy na dwanaście godzin szczęścia. Jej zdobycie nie będzie jednak takie proste. Musicie otworzyć Eliksiry dla zaawansowanych na stronie piątej. Macie całą tą lekcję na przygotowanie wywaru. Nie oczekuję, że komukolwiek się to uda, jest bardzo złożony eliksir. Ale osoba, która zrobi go najlepiej, zdobędzie trochę Felicisa. Do roboty!
Jak miałam przygotować ten eliksir? Nie ukrywałam przed sobą, że zdobycie płynnego szczęścia stało się moim celem. Ile rzeczy mogłam zrobić, będąc pod wpływem tego wywaru. Czym prędzej zakasałam rękawy, czas pokazać moje umiejętności!
W podręczniku zostało napisane, że na początku należy posiekać korzenie waleriany. Wszyscy z udręczonymi minami cięli swoje korzonki, w tym też ja. Po paru minutach cały loch wypełnił się niebieskawą parą. Następnym poleceniem było posiekanie na kawałeczki strączka sopophorusa. Co wiedziałam o tym składniku? Tylko tyle, że zmiażdżony łatwiej puszcza soki. Tak, to było właśnie to! Ale czy powinnam zaryzykować? To mogło zniszczyć moje szanse „wygrania” Felicisa. A co tam, raz kozie śmierć. Płaską stroną srebrnego sztyletu, zmiażdżyłam składnik, który po chwili puścił sok i wrzuciłam go do wrzącego kociołka.
Rozejrzałam się po komnacie. Wszyscy zerkali wokoło, aby podejrzeć, co robi reszta klasy. Niektórzy mieli już czarne twarze od eliksirów buchających na twarz. Przeciągnęłam palcem po policzku i z uśmiechem zdałam sobie sprawę, że nie mam takiego problemu.
Dalsza część przygotować wywaru poszła mi całkiem nieźle, choć pod sam koniec stwierdziłam, że trochę mi brakuje do wyglądu podanego na końcu instrukcji. Pocieszałam się jednak faktem, że mój eliksir był chyba najlepszy ze wszystkich.
- Czas minął! - obwieścił Slughorn – Proszę przerwać mieszanie!
Zacząć przechadzać się między stołami, zaglądając do kociołków. Kiedy znalazł się przy mnie, moje serce szybciej zabiło. Może coś zrobiłam źle, może mój eliksir nie jest tak dobry jak myślałam? Profesor jedynie uśmiechnął się i z aprobatą pokiwał głową. Odetchnęłam z ulgą, choć liczyłam na coś więcej.
- Nie mam wątpliwości co do zwycięzcy – powiedział na koniec Slughorn – Panna Lawrence zdobywa buteleczkę Felix Felicis. Gratulacje!
Klasa popatrzyła na mnie złowieszczo. Chyba nie byli zadowoleni. Czy się tym przejęłam? Niezbyt, w końcu wygrałam płynne szczęście.

***

- April... April! - usłyszałam pewien znajomy głos, kiedy wychodziłam z gabinetu profesora Flitwicka, który chciał po prostu bliżej zapoznać mnie z Hogwartem, sposobem nauczania i tym podobnych rzeczach.
Odwróciłam się. Zmierzał do mnie ten sam chłopak, który dziś rano odprowadził mnie do Wielkiej Sali. Przystanęłam, czekając, aż mnie dogoni.
- Cześć – przywitałam go uśmiechem
- Wiesz, tak sobie pomyślałem... - zaczął zdyszany – że chciałabyś przejść się po błoniach. Co ty na to?
Spojrzałam za okno. Był piękny dzień, a Słońce zmierzało ku dołowi. Przyjęłam propozycję Krukona i razem udaliśmy się w stronę wyjścia. Dowiedziałam się, że nazywa się Oliver Adams, gra w drużynie quidditcha na pozycji ścigającego, a poza tym jest czarodziejem półkrwi. Był bardzo miły, a oprócz tego nie mogłam nie zauważyć, że przystojny.
- A ty? Opowiesz mi coś o sobie? - zapytał, gdy skończył opowiadać historię o swoim życiu.
- Nie jestem dobra w opowiadaniu o sobie. Poza tym, moje życie jest raczej nudne. Siedemnaście lat przeżyłam w Irlandii, teraz przeprowadziłam się tutaj. Mój ojciec dostał dobrą ofertę od ministerstwa i te sprawy.
- Przecież to wcale nie jest nudne, mieszkałaś w Irlandii, to już coś. W sumie, zazdroszczę Ci. W ostatnim czasie w Anglii nie dzieje się dobrze.
Spojrzałam na Olivera, unosząc brew do góry. O co mu chodziło?
- Nie słyszałaś? Pod koniec tamtego roku w ministerstwie była jakaś wielka afera z udziałem Pottera. Wiadomo tylko, że sama-wiesz-kto powstał. To raczej nie oznacza nic dobrego.
Sama-wiesz-kto? Ach tak, obiło mi się o uszy. To ten, który rozpętał Wojnę Czarodziejów, powodując przy tym wielkie straty. Z tego, co wiedziałam, wysługiwał się przy tym śmierciożercami, kimkolwiek byli.
- Ale przez te wakacje nie spowodował przecież żadnych strat...
- Widocznie jesteś do tyłu z informacjami. Jego poplecznicy zniszczyli Milennium Bridge. A oprócz tego krążą plotki, że odkąd zawarł sojusz z dementorami, szuka popleczników wśród innych stworzeń, między innymi olbrzymów.
- To nie brzmi dobrze – powiedziałam i zmarszczyłam brwi. Nie miałam pojęcia, że świat czarodziejów jest zagrożony, w Irlandii się o tym nie mówiło. Oczywiście, czasem jakiś nagłówek gazety mignął mi przed oczami, ale nic więcej. Jak to możliwe?
Spojrzałam na otaczającą mnie przyrodę. Wielka ognista kula zanurzała się w jeziorze, ptaki wesoło fruwały, a liście na drzewach lekko się poruszały. Wszystko spowijała magiczna mgiełka. Nie było żadnego śladu zła, nigdzie nie było widać obecności Czar... Voldemorta. Ale jednak istniał, w tym momencie knuł jakiś plan.
- Nie martw się, zawsze można liczyć na Pottera – uśmiechnął się Oliver.

_______________________________________________

[1] Jako, że na szóstym roku klasa Pottera miała możliwość wygrania Felicisa, to pomyślałam, że czemu oni mają być jedyni? A April ten eliksir na pewno się przyda.


Rozdział dedykuję Onlyy ♥, z którą w końcu jutro się zobaczę! To opowiadanie prawdopodobnie nie powstałoby, gdyby nie Ty. Dziękuję. ;*
Bardzo przepraszam, jeśli tym rozdziałem Was zanudziłam. Chcę April w to wszystko jakoś wprowadzić, dlatego te pierwsze rozdziały mogą nie być zbyt wciągające. Jak dla mnie, ten jest lepszy od poprzedniego, choć w sumie nie wiem czemu. Co prawda, nie ma tylu opisów, ale... No nie wiem. xD
Z wielką radością informuję, że mam ferie, dzięki czemu będę miała więcej czasu na pisanie i kolejny rozdział powinien pojawić się szybciej niż ten. Myślę, że za jakiś tydzień, a jak się wyrobię, to może nawet mniej.
Pozdrawiam serdecznie, Pralinee. ;*

PS. Nie miałam czasu sprawdzić kilka razy rozdziału, więc śmiało wytykajcie błędy. xD


Obserwatorzy